Wczorajszy wieczór spędziliśmy zwiedzając nocną Alanyę, posiedzieliśmy w barze, gdzie był internet, zakupiliśmy trochę stuffu. Już namierzam sklepy i stoiska, które mają coś co mi się podoba (pamiątki i inne atrakcje dla turystów).
Dzisiaj znowu spędziliśmy przedpołudnie i popołudnie na basanie, trochę się smażyliśmy, trochę pływaliśmy, trochę pograliśmy w dartsy z hotelowym animatorem czasu (Sea Sight animation team) Hasimem. Przy basenie jest szumnie zwana aquaparkiem dwuspiralowa zjeżdżalnia, na której dziś poszaleliśmy. Potem spacerek, podczas którego załatwiliśmy sobie wycieczkę na jeep safari (jedziemy jutro rano). Polega to na tym, że się jedzie na pace jakiegoś Land Rovera czy tam innego samochodu prowadzonego przez Turka i piszczy ;-). W cenie kebab, zwiedzanie wioski tubylców i cośtam jeszcze, się okaże ;P.
Szukanie i rezerwowanie tej wycieczki to była batalia :D. Bo tak: u rezydenta to kosztuje 32 ojro, a w całej reszcie biur podróży - ile się wytarguje. Kiedy się idzie bulwarem to wyskakują z tych biur podróży Turcy i atakują ulotkami z różnymi cenami. Słuchaliśmy cierpliwie, braliśmy folderki. Jeden jak się czepił! Nie dał nam odejść, tylko obniżał i obniżał cenę. Opłacaloby nam się wykupić u niego wycieczkę, ale wyglądał na szuję, więc się nie daliśmy. Koniec końców kupiliśmy u sąsiada, który był całkiem sympatyczny i przedstawił się jako Marcin :D. Ta, Marcin. Jak on jest Marcin to ja też. Morcin nawet.
W ogóle oni wszyscy tam pół-Polacy (jak chcą coś wcisnąć). Wołają przez pół ulicy dzień dobry w kilku językach (polski zawsze w pierwszej trójce), jakoś rozpoznają skąd jesteśmy i mówią "cieść", "dzień dobry", "jak się masz?" (wymowa ala Borat :D) albo krzyczą "where you from?", zazwyczaj zgadywali, że Poland, chociaż jeden ocenił nas na Finland, musieliśmy być mocno bladzi wtedy :D :D :D. W każdym razie sporo z nich mówi po polsku, przynajmniej w podstawowym zakresie. Jeśli o angielski chodzi to rzeczowniki, czasowniki - owszem, ale cała odmiana (i tak po angielsku nie jakaś rozwinięta!) właściwie nieobecna, najbardziej to leży to+inf/-ing. I article. Złapałam się na tym, że już myślę bez articli i odmiany xD.
Jeden z milszych Turków na naszej drodze to był Roj - kelner z baru z internetem. Turcy lubią wciskać kit, ale ten chyba nie wciskał. Mówił, że był w Polsce na wymianie i na SGGW studiował przez semesrt rolnictwo. Znał więcej warszawskich klubów niż my i bardzo ładnie mówił po Polsku (żubruwka, żywiec plus troche przekleńst, imion, nazwy dzielnic, ulic, miast polskich). Zresztą bardzo serdeczny, przyniósł polską falagę i w ogóle.
Najbardziej to Turcy podrywają Kamilę, musi to w ich typie. Np. Cyngis (?), kelner z naszego hotelu jest oczarowany Kamilą. Nawet chciał się z nią umówić, ale na jej szczęście nie zrozumiała co tam tą łamaną angielszczyzną tłumaczy ;) (tłumaczył kiedy kończy pracę). Zaczepiają ją na ulicy, w sklepie zagadują, nawet dostała zniżkę na zakupyu jednego! A w barze jeden postawił sobie piwo na głowie i tańczył (:D.
Dobra, kończę na dziś, bo jutro jeep safari, trzeba się wyspać!
Friday, September 17 2010
Tak szybciutko!
posted @ 20:54 in [ Karina Show ]
